Adam, proszę Cię, nie daj się złamać

To będzie długi wpis, bo temat jest ważny, trudny i złożony.

1. Najpierw sekwencja zdarzeń z ostatnich dni.

Adam Szustak OP udziela długiego wywiadu Karolowi Paciorkowi. Porusza w nim wiele wątków. Rozmowa jest dostępna na YT od kilku dni. Ogląda ją prawie 700 tysięcy ludzi. W tym czasie nie słychać żadnego większego oburzenia.

Dziś media wyciągają z tej rozmowy krótkie fragmenty, w których Szustak dosadnie krytykuje polski episkopat. Podkreślane są przekleństwa użyte przez dominikanina.

Również dziś rzecznik KEP publikuje informację o tym, że Szustak zostaje „zaproszony” na rozmowę przez przewodniczącego KEP Stanisława Gądeckiego.

2. Jestem wychowankiem Adama Szustaka. Byłem odpowiedzialnym (czyli osobą prowadzącą jedną z grup) w duszpasterstwie akademickim Beczka, kiedy on był tam duszpasterzem.

Równocześnie nie jest tak, że się z o. Adamem we wszystkim ze sobą zgadzamy. Są rzeczy, które on głosi, a ja bym się pod nimi nie podpisał.

Nawet w ostatnich dniach doszło do małego sporu między nami. Również wcześniej kilkakrotnie prywatnie zwracaliśmy sobie uwagę na rzeczy, które jeden publicznie mówił, a drugi się z tym nie zgadzał. I odwrotnie.

3. Jednak jeśli chodzi o krytykę episkopatu zgadzam się z Szustakiem w 100%. „Ja nie mam żadnej nadziei w tych gościach” – mówi dominikanin.

Przyznaję to ze smutkiem, ale ja od wielu miesięcy również nie pokładam w członkach episkopatu żadnej nadziei.

Kto czyta moje wpisy na tym profilu, wie, że wielokrotnie zdarzało mi się polskich hierarchów krytykować. Czasem bardzo ostro.

W pewnym momencie przestałem wierzyć w ewolucyjne zmiany w instytucji Kościoła w Polsce i napisałem – pod czym się dziś dalej podpisuję – że uważam, że cały episkopat powinien się podać do dymisji.

Od jakiegoś czasu nie komentuję już poczynań polskich biskupów. Nie piszę o skandalach, o żenujących wypowiedziach, bucie i zaniedbaniach.

To wyraz poczucia bezsilności.

Nie widzę, żeby nawoływania dołów (albo jak to mówi przewodniczący KEP „ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego”) przynosiły jakiekolwiek skutki na górze.

Wręcz przeciwnie. Hierarchia podejmuje kolejne kroki, które wskazują na wzmacnianie syndromu oblężonej twierdzy i szykowanie się na obronę do upadłego, zamiast wyciągać wnioski i szczerze powiedzieć: „Spieprzyliśmy sprawę, przepraszamy, pomóżcie nam odbudować Kościół. Zróbmy to razem”.

To również troska o samego siebie. O własną wiarę i zdrowie psychiczne. Nie mam już siły się okłamywać i przeżywać kolejnych zawodów. Biskupi nie pomagają mi w wierze. Jest wręcz przeciwnie. Jeśli udaje mi się ocalić w sobie wiarę, to dzieje się nie dzięki, ale wbrew ich działaniom.

4. Mógłbym tu teraz napisać, że o. Szustak powinien uważać na język i nie powinien używać wulgaryzmów. Ale fakty są takie, że kiedy rozmawiam prywatnie ze znajomymi i przyjaciółmi, wierzącymi, wciąż praktykującymi katolikami – w tym z osobami bardzo wrażliwymi i kulturalnymi, które na co dzień w ogóle wulgaryzmów nie używają – to kiedy schodzi na tematy różnych zachowań i wypowiedzi biskupów, to ludzie klną dużo mocniej i częściej niż dominikanin we wspomnianym wywiadzie.

Oczywiście, Szustak mógł kalkulować i być ostrożniejszy, ale ja odbieram styl jego wypowiedzi jako wyraz frustracji i gniewu wielu ludzi Kościoła. I uważam, że to dobrze, że ta frustracja i gniew w końcu wybrzmiały publicznie i zostały usłyszane. Również przez przewodniczącego KEP.

5. W komunikacie rzecznika KEP czytamy ładnie brzmiące stwierdzenia mówiące o tym, że Szustak został wezwany na rozmowę i dialog o Kościele.

Byłoby wspaniale, gdyby tak rzeczywiście się stało, ale – mówię to z własnego doświadczenia oraz doświadczenia wielu zakonników, sióstr zakonnych i księży, którzy takie „zaproszenia” od hierarchii kościelnej dostawali – najczęściej takie spotkania nie mają nic wspólnego z otwartą rozmową i szczerym dialogiem, ale są wezwaniem do złożenia samokrytyki i przestrzenią przemocowego wymuszania posłuszeństwa.

Doświadczyłem tego sam prowadząc DEON.pl. W ostatnim roku mojej pracy zostałem wezwany przez jednego z hierarchów zakonnych, dostałem kilka strzałów i nie było przestrzeni na moją odpowiedź. A kiedy próbowałem używać argumentów, przerywano mi i kwitowano stwierdzeniem: jestem przełożonym, musisz mnie słuchać.

To był jeden z głównych powodów, dla których podjąłem decyzję o odejściu z redakcji.

Ktoś powie, że takie sytuacje zdarzają się wszędzie i można tego doświadczyć w kontakcie z każdym przełożonym. I pewnie jest w tym dużo prawdy.

Ale to nie znaczy, że powinniśmy się na takie zachowania godzić. A już na pewno nie w Kościele, gdzie naszym standardem i punktem odniesienia ma być Ewangelia.

6. Moje zaufanie do polskich hierarchów w takich sytuacjach jest – delikatnie mówiąc – mocno ograniczone. Znowu odniosę się do własnego doświadczenia.

Pracując w DEON.pl i kierując przez kilka lat redakcją, wielokrotnie razem z zespołem musiałem mierzyć się z „naciskami z góry”.

Niestety wielu hierarchów nie jest przyzwyczajonych do przyjmowania krytyki i kiedy ktoś się na nią odważy, dochodzi do prób ograniczania wolności słowa i cenzury.

„Biskupom nie podoba się ten artykuł. Biskupom nie podoba się tamten artykuł. Biskupi są zaniepokojeni. Biskupi zadzwonili do prowincjała i wyrazili oburzenie”. Takie komunikaty i wynikająca z nich presja są codziennością dziennikarzy pracujących w katolickich mediach, które odważają się na krytyczne spojrzenie na nasz Kościół.

Podobny schemat dotyczy jednostek – głównie księży i zakonników, bo oni są zobowiązani do posłuszeństwa, więc ich łatwiej zastraszać – którzy odważają się wychylać. Najczęściej kończy się to zakazem wypowiedzi medialnych, pozbawianiem pełnionych funkcji, przenoszeniem z placówki na placówkę, a czasem też psychicznym niszczeniem człowieka.

To kolejne powody, dla których odszedłem z pracy dla instytucji Kościoła. Niestety jeżeli jesteś księdzem / zakonnikiem / świeckim współpracownikiem instytucji kościelnej, musisz się godzić na ograniczanie wolności słowa i patologicznie rozumiane posłuszeństwo. No chyba, że jesteś grzeczny i nie ruszasz trudnych tematów. Wtedy wszystko jest OK i nie ma problemów z przełożonymi.

7. Po co to wszystko piszę? Żeby pokazać skalę problemów przed jakimi stoimy w Kościele w Polsce.

Brak otwartości hierarchii na równy i szczery dialog z „dołami”, patologiczne rozumienie przez przełożonych posłuszeństwa, próby ograniczania wolności słowa i cenzura, brak otwartości na przyjmowanie krytyki.

A to tylko jedna z przestrzeni, które w naszym Kościele kuleją.

Oczywiście możemy udawać, że jest OK i problemem jest dosadna wypowiedź tego czy tamtego zakonnika, księdza, siostry zakonnej albo osoby świeckiej. Ale co nam dadzą kolejne lata oszukiwania samych siebie?

8. Dlatego dziś – mimo różnic w poglądach i wrażliwości – stoję całym sobą za Szustakiem.

To bardzo techniczne określenie i diagnoza, ale „on ma zasięgi” i ludzie go słuchają, dlatego hierarchia nie pozwoli sobie na zignorowanie jego głosu.

Adam, proszę Cię, nie daj się złamać.

// Na zdjęciu Adam Szustak i ja w Tauron Arenie.

***

Ten materiał powstał dzięki wsparciu moich Patronek i Patronów. Swoją pracę dziennikarską mogę wykonywać dzięki społeczności, która „wykupuje” mój czas z rynku pracy. Jeśli cenisz moje działania dołącz do grona moich Patronek i Patronów.