Jest we mnie nadzieja. Wbrew działaniom episkopatu

1. W ostatnich dwóch wpisach podkreślałem, że zgadzam się z o. Adamem Szustakiem ws. krytyki działań polskiego episkopatu, ale równocześnie nie znaczy to, że zgadzam się z nim we wszystkim.


I to nie była żadna sztuczna poza wykreowana na potrzebę danej chwili.


Po odsłuchaniu jego relacji ze spotkania z przewodniczącym KEP widzę, że jest jedna ważna przestrzeń, w której z dominikaninem się mocno różnimy.


2. O. Adam stwierdza, że jego (i nie tylko jego) myśl o niepokładaniu nadziei w biskupach jest myślą grzeszną, bo Pan Bóg zawsze, niezależnie od sytuacji, patrzy na rzeczywistość i człowieka z nadzieją.


Głęboko wierzę, że te słowa o Panu Bogu są prawdą. Pokazuje to cała historia zbawienia zapisana na kartach Starego Testamentu i Ewangelii. Kiedy człowiek zawodził i odwracał się od Boga, On zawsze szukał sposobów, żeby do swojego stworzenia dotrzeć, przebić się przez ciemność ze światłem.


3. Ale czy to znaczy, że ludzie muszą pokładać nadzieję w biskupach? Że nie mają prawa powiedzieć dość?

Co mają w takim razie zrobić osoby zranione, wykorzystane seksualnie przez duchownych, których życie zostało zdeptane przez Kościół? Najpierw przez przestępców w sutannach, a później przez ich przełożonych, którzy tak często stawali i wciąż stają w obronie wizerunku instytucji, a nie koncentrują swoich wszystkich sił na pomocy pokrzywdzonym?


Przecież gdyby nie działania – jak to często wielu biskupów podkreśla – „sił wrogich Kościołowi”, ludzi, którzy głośno wołali, że trzeba zakończyć to zgorszenie, to prawdopodobnie dalej funkcjonowalibyśmy w rzeczywistości, w której oprawcy nie ponosiliby żadnych poważnych konsekwencji, a przełożeni odpowiedzialni za zaniedbania w tym względzie dalej dumnie zasiadaliby na biskupich katedrach.

4. Co mają zrobić ludzie, których gorszy sojusz hierarchów z politykami? Bratanie się z rządzącymi dla doraźnych korzyści, wielomilionowych dotacji i innych profitów?


Przecież nie tak dawno widzieliśmy księdza Rydzyka przemawiającego żarliwie w obronie biskupa Janiaka. Tego samego, którego Watykan ukarał za jego działania. I to wszystko działo się w obecności wielu hierarchów i przy ich aplauzie.

Ten sam ksiądz Rydzyk od wielu lat otwarcie brata się z rządzącymi, a biskupi nie robią nic (a jeśli robią, to nie widać żadnych efektów ich działań), żeby ten gorszący spektakl przerwać.


5. Co mają zrobić ludzie, którzy mają dość słuchania o „ogonie, czyli zbuntowanym człowieku świeckim” (to z głoszenia przewodniczącego KEP) i „tęczowych zarazach” (to z głoszenia wiceprzewodniczącego KEP)?

Albo takiego dzielenia się Dobrą Nowiną, jakie wczoraj zaprezentował kolejny z biskupów (członek rady stałej KEP), który w trakcie uroczystości w Piekarach dziękował PKN ORLEN za „wykupienie od kapitału niemieckiego polskiej prasy”.


6. Co mają zrobić ludzie – księża, zakonnicy, siostry zakonne i świeccy – których sumienia, a nawet życia, były i są łamane w imię patologicznie rozumianego posłuszeństwa?

Przecież tak wielu ludzi, którym zależy na naszej wspólnocie, którzy starali się coś robić, żeby dzielić się Dobrą Nowiną, zostało przemocowo spacyfikowanych.


I jednym „argumentem”, który słyszeli od kościelnych hierarchów było sformułowanie: „musisz mnie słuchać, bo jestem Twoim przełożonym”. A to wszystko zanurzone jest w jakiejś przerażająco-karykaturalnej „teologii” mówiącej, że przez przełożonego „zawsze przemawia Duch Święty”.

7. To tylko cztery przykłady z działań biskupów i innych przedstawicieli hierarchii kościelnej z ostatniego czasu. Ale przecież takie rzeczy obserwujemy nie od wczoraj, nie od roku, nawet nie od dziesięciu lat.


Jeden z moich znajomych, mocno zaangażowany w życie Kościoła katolik, jakiś czas temu, po kolejnej serii gorszących wypowiedzi i działań hierarchów, napisał mi taką wiadomość:

„Nasz Kościół w ciągu ostatnich paru lat popełnił wszystkie błędy jakie można było sobie wyobrazić, że popełnić może, popełnił je dwa razy i obiecuje że nadal będzie je popełniał. Ja się zupełnie nie dziwię tym ludziom, którzy dzisiaj odchodzą. Ja zostaję, bo sakramenty bez których nie umiem żyć. Ale w Kościele Chrystusa jest coraz mniej Chrystusa, sól traci swój smak, więc zdanie episkopatu – które kiedyś bym przeżywał i komentował – nie ma już dla mnie kompletnie żadnego znaczenia”.


8. Ja się pod tą bolesną diagnozą podpisuję.. Nie sprawia mi to żadnej przyjemności, robię to z bólem, ale myślę tak samo, jestem w tym samym miejscu zwątpienia.

Czy to znaczy, że nie ma we mnie żadnej nadziei i nie wierzę, że Pan Bóg jest wszechmogący? Że może Kościołem wstrząsnąć i sprawić, żeby w ciemnościach pojawiło się światło?


Oczywiście, że nie. Bardzo mocno wierzę w możliwość zmieniania rzeczywistości i działanie Ducha Świętego.
Ale to nie znaczy, że muszę pokładać nadzieję w obecnej hierarchii kościelnej.

Bo to trochę tak, jakby ktoś kazał dzieciom w dysfunkcyjnej rodzinie pokładać nadzieję w ojcu, który krzywdzi ich od wielu lat.


9. Na dzień dzisiejszy więcej Jego tchnienia widzę w działaniu ludzi, których hierarchia nazywa wrogami – wierzących i niewierzących, którzy nie godzą się na patologie, nadużycia i zaniedbania. I głośno domagają się zmian.

Widzę Jego tchnienie również w działaniach mnóstwa zwykłych księży, sióstr zakonnych i świeckich, którzy starają się budować Kościół bliski, wrażliwy, troszczący się o najsłabszych, pełen szacunku dla każdego, otwarty na współpracę z inaczej- i niewierzącymi, głoszący Ewangelię codziennym życiem i prostym dzieleniem się Słowem.


Ocalam swoją wiarę wbrew, a nie dzięki działaniom episkopatu.

Wiem, że wielu ludzi ma podobnie. Wielu też z naszej wspólnoty w ostatnich latach odeszło.


I to nie jest wina ich małej wiary w Boga, to nie jest też wina ich „grzesznego braku pokładania nadziei w biskupach”. Ktoś ich przez lata konsekwentnie gorszył, ktoś ich ranił, ktoś w nich skutecznie zaufanie do instytucji zniszczył i ze wspólnoty wypchnął.


Nadzieja nie zniknęła sama. Brak nadziei nie jest wynikiem wydumanego „buntu zepsutych świeckich”. Nadzieja została w wielu ludziach zabita.


10. Czy odpowiedzią na to wszystko ma być wyrażenie naszych marzeń o tym jakich biskupów potrzebujemy, jak to proponuje o. Adam?

Według mnie nie. Samo nazwanie takich pragnień na pewno może mieć jakąś wartość, ale to poruszanie się obok istoty problemu.


Kluczowym jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co trzeba zmienić, żeby jednostki zabijające w ludziach wiarę i nadzieję nie zostawały hierarchami. W jaki sposób można wspólnotę Kościoła chronić przed ich nadużyciami i zaniedbaniami. I jakie mechanizmy wprowadzić, żeby móc odwoływać biskupów z ich posługi, kiedy okazuje się, że się kompletnie do tego nie nadają i niszczą Kościół zamiast go budować.

Bez odpowiedzi na tego typu poważne pytania (a jest ich wiele więcej) i bez wdrażania konkretnych rozwiązań, nie widzę szans na realną zmianę i budowanie wspólnoty, która będzie ludzi do Jezusa prowadzić, a nie Go zasłaniać i od Boga odpychać.


Ja czuję się bezsilny, dlatego – i tu zgadzam się z ojcem Adamem – od dłuższego czasu koncentruję się na działaniu w przestrzeniach, na które mam wpływ, na żmudnym budowaniu od dołu i na nawracaniu własnego serca. W takim działaniu widzę sens.


Ale wierzę, że to nie koniec. Wierzę, że ostatnie słowo należy do Boga.


I to podtrzymuje tlącą się w moim sercu nadzieję. Wbrew działaniom kościelnych hierarchów.

PS. Część z Was zwraca uwagę, że są przecież „dobrzy biskupi”, którzy też starają się budować ewangeliczny Kościół. I ja tego nie neguję. Ale z utęsknieniem czekam na dzień, w którym również oni zaczną głośno wyrażać swoją niezgodę na patologie, nadużycia i zaniedbania tych biskupów, którzy się ich dopuszczają.

Przeczytaj też: Adam, proszę Cię, nie daj się złamać

***

Ten materiał powstał dzięki wsparciu moich Patronek i Patronów. Swoją pracę dziennikarską mogę wykonywać dzięki społeczności, która „wykupuje” mój czas z rynku pracy. Jeśli cenisz moje działania dołącz do grona moich Patronek i Patronów.